Na bezrybiu i rak ryba, czyli o pracownikach z przypadku

Był piątkowy wieczór. Weszliśmy z przyjaciółmi do pobliskiej restauracji  (znanej i lubianej w okolicach) na małe co nieco. Siedliśmy przy stoliku i …poczuliśmy się jak w barze mlecznym z filmu Miś.

Zaczęło się od podziwiania jak bardzo niezainteresowana swoją pracą może być pani kelnerka. Oparta niedbale o kontuar, z miną wyrażającą najwyższy poziom nudy, stała tak dobrych kilka minut omiatając wzrokiem swoje paznokcie.

Po dłuższej chwili podeszła do stolika, więc mieliśmy szansę się bliżej przyjrzeć jak wygląda zaprzeczenie wszelkim zasadom przyzwoitego stroju w restauracji. Dress code? Jaki dress code? Jeśli byłem w stanie określić kolor i „krój” bielizny owej pani, która snuła się w biodrówkach po sali, to chyba ktoś pomylił pizzerię z przydrożną tancbudą. Majty dźwignią handlu i reklamy?

Sam „proces obsługi” też był egzotyczny. Pani nie była w stanie nic polecić, a menu znaliśmy lepiej od niej. Na prośbę o zamianę sosu w sałatce na inny stwierdziła rozbrajająco, że „nie wie czy się da”. I już! Skoro nie wie, to koniec dyskusji! Zasugerowaliśmy, by jednak spytała o to kucharza i okazało się , że (uwaga fanfary)…można było! Ale kto by się tam przejmował dociekliwym klientem.

Nie chcę się rozpisywać o dalszych wpadkach owej pani. Niestety, nie była to jedyna odwiedzona przeze mnie w ostatnim roku restauracja, w której poziom obsługi mocno podupadł.

Jednym z powodów takiego stanu rzeczy jest obecny obraz rynku pracy

Trudno jest dziś jednoznacznie wskazać, czy jest to rynek pracodawcy, czy pracobiorcy. Firmy aktywnie poszukują nowych pracowników, ponieważ bez nich marnieją szanse na wywiązanie się z bieżących zamówień lub na dynamiczny rozwój. Wielu pracobiorców wyczuwa pismo nosem i – całkiem słusznie – przebiera w ofertach, szukając zajęcia najlepiej spełniającego ich warunki finansowe. Hasło „najniższa krajowa” odstrasza nawet tych, którzy są mocno pod kreską, a konkurencyjne firmy kuszą różnymi premiami, bonusami i udogodnieniami.

I tu pojawia się dylemat – zatrudnić człowieka „z biegu”?

Skoro potrzeba pracowników, a zgłaszających się jest jak na lekarstwo…Wydaje się, że taką strategię zmuszonych jest obierać coraz więcej firm działających w obszarze usług. Zatrudniają osoby zupełnie nieprzygotowane do kontaktów z klientem, licząc na to, że kilka rad i wskazówek wystarczy, aby wyszkolić dobrego pracownika.

Na szczęście, zjawisko to nie dotyka wszystkich firm i przedsiębiorstw. Więksi gracze na rynku usług nie zatrudniają ludzi z przypadku. Ich działy HR prowadzą konkretną politykę personalną – stawiają kandydatom określone wymagania, przeprowadzają testy, organizują potrzebne szkolenia i wdrażają STANDARDY JAKOŚCI. Inwestują czas i środki, aby mieć pewność, że człowiek, którego zatrudnią nie położy wizerunku firmy po pierwszej rozmowie z klientem.

Jak w tej sytuacji mogą sobie radzić mniejsze firmy, które nie mają ani działu HR, ani środków na zlecenie rekrutacji komuś z zewnątrz? Na co zwrócić uwagę podczas rozmowy z kandydatem, żeby wybrać dobrego pracownika? O tym w kolejnym wpisie…

One Reply to “Na bezrybiu i rak ryba, czyli o pracownikach z przypadku”

  1. Jak rynek wygląda to pewnie wie każdy, niby pracy jest dużo, ale dziwnym trafem firmy mają spore problemy z szukaniem pracowników, więc dochodzi do pewnego zgrzytu. Firmy starają się kusić jak tylko mogę, a potencjalni pracownicy tylko wybierają najkorzystniejsze opcje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

12 + 20 =